Jak chyba już wspominałam, nie należę do ludzi, którzy zakochują się w jednym sporcie na zawsze. Ja szukam tego jedynego, dzięki któremu z ekscytacją spalę możliwie najwięcej kalorii 😉
Próbuję, sprawdzam, zachwycam się przez chwilę, a potem… zaczynam się nudzić. Zatem znowu szukam dalej. Był spinning, pilates, step, rower „normalny”, bieżnia, schodki, ćwiczenia z Lewandowską, Chodakowską. Lata temu za dziecka z Cindy Crowford nawet 😀
I nadal to nie to. Ale jestem blisko. (To mówię sobie od wielu lat).
Kilka dni temu zaatakowała mnie rolka na Instagramie: piękni ludzie, idealne ciała, tańczą jak zawodowcy, zero zadyszki, zero potu, sama lekkość.
Pomyślałam, że to jest to. Taniec + spalanie kalorii + nauka układów = trzy w jednym. Pomyślałam, że za chwilę będę jak **J.Lo**.
Aplikacja była oczywiście płatna. Nie jakieś tam 19 zł, tylko od razu konkretnie – 300. Roczna subskrypcja. Apple Pay nie boli. Poszło, bo przecież inwestuję w siebie.
Dziś rano, 5:30, jako ranny ptaszek, w salonie na dużym ekranie odpaliłam tę aplikację. Gotowa na przemianę życia. Zestrojona w strój do fitnessu. Nowy. Bo muszę mieć nowy, żeby mieć motywację.
I co się okazało. Zamiast tańczących ludzi w tej aplikacji na trening „przyszły” awatary. Jakieś plastikowe, kanciaste ludki. A układy? Dwa kroki do przodu, trzy do tyłu, pajacyk, podskok i coś, co wygląda jak rozgrzewka z WF-u.
Naprawdę wydałam 300 zł na ten badziew?
Jutro idę biegać.
