Jestem ogromną fanką podcastów. Słucham różnych. Uwielbiam te kryminalne, ale także te, nazwijmy je – obyczajowe – z udziałem bardziej lub mniej znanych „gwiazd”. Słucham podcastów Małgorzaty Ohme, Magdy Mołek, Kasi Nosowskiej, Doroty Wellman, Żurnalisty i jeszcze kilku innych. W zasadzie w każdym z nich, prędzej czy później, pojawia się ten sam temat: dzieciństwo, relacje z rodzicami, traumy, terapia. Słucham tego wszystkiego i mam wrażenie, że momentami słucham trochę siebie. Nie zawsze w takiej skali, nie tak drastycznie, ale te schematy są znajome. Co ciekawe, kiedy próbuję sobie przypomnieć jakiegoś gościa tych podcastów, który miał po prostu normalne, dobre dzieciństwo, to jakoś nikt nie przychodzi mi do głowy. Pewnie są, tylko jakoś ciszej o nich.
Nasze dzieciństwo, dzieci lat 70., 80. i kawałka 90., wyglądało zupełnie inaczej niż dziś. Nie było cackania się, analizowania emocji ani pytania „czy masz ochotę na …?”. Było: „Zrób”; „Nie dyskutuj”; „Bo tak”; „Nie, bo nie”. Zimny chów, czasem klaps w tyłek, klucz na szyi, obiad – jak był to był, jak nie, to można było załapać się u cioci (sąsiadki z bloku, powinowactwo – stopień zero). Obowiązki były czymś oczywistym: sprzątanie, odkurzanie, mycie okien. Wynoszenie śmieci to oczywista oczywistość.
Nie mówiło się dzieciom „kocham Cię”. Nie było nadmiernego chwalenia i doceniania. Były wymagania. W domniemaniu było to, że intencją rodziców było wychowanie, aby dzieciak sobie poradził w życiu.
Słuchając tych historii i myśląc o sobie, mogę to potwierdzić.
Dziś w tych podcastach regularnie pojawia się druga strona medalu. My, jako rodzice, robimy w drugą stronę. Rekompensujemy, dajemy więcej, czasem za dużo, nie chcemy, żeby nasze dzieci czuły to, co my.
Łapię się na tym, że kiwam głową, bo kiedy patrzę na siebie, widzę dokładnie to samo. Syn czegoś chce i ja lecę. Biorę udział w dropach, gdy on jest w szkole, bo z racji tej, sam nie może. Na ostatnich nogach pędzę do biblioteki publicznej, bo lektura na jutro, a wypożyczenie z tej szkolnej przez trzy tygodnie nie wyszło… Smażę racuchy o świcie, przed lotem w delegację, żeby były świeże do szkoły. Organizuję truskawki zimą. Generalnie non stop kombinowanie, organizowanie, stawanie na rzęsach. Robię to wszystko i nawet nie wiem, kiedy to stało się normą.
Dziś rano, podczas porannego spaceru z psem, znowu słuchałam jednego z podcastów i ponownie, tym razem znany aktor, poruszał ten temat. Opowiadał o swoim nie do końca łatwym dzieciństwie i o tym, że w związku z tym bardzo pilnuje się, aby jego dzieci miały totalną idyllę. Sam jednocześnie skarcił się przy tym, że wie, że może to mieć nie do końca dobre skutki.
Wtedy pomyślałam, że mam dokładnie tak samo. Nie, że dzieciństwo miałam złe. To nie. Ale że uchylam nieba dziecku, a wiem, że nie powinnam przesadzać. Pomyślałam więc: „Nie będę na każde zawołanie i każdą zachciankę. Trochę granic, trochę dystansu. Przynajmniej spróbuję.” Z tym postanowieniem weszłam w nowy dzień.
Kilka godzin później syn, wracając ze szkoły, napisał mi: „Mamo, zjadłbym kiełbaski z ogniska.” Że co? Chyba zwariował – pomyślałam. Gotowe były już mielone. Żeby nie było – też ulubione dziecka mego. Ale, jak już część z Was wie, ja – asertywność poziom minus 1800, długo nie muszę być proszona. I co? Nie spełnię środowego marzenia mojego jedynego jedynaka?
Niczym strzała poleciałam po kiełbasę, wygrzebałam z domku na narzędzia palenisko, znalazłam kije do kiełbas. Dobrze, że były, bo niewykluczone, że bym je jeszcze strugała w ogródku, kto wie, czy nie dorobiłabym ozdobnych ornamentów. Żeby jeszcze bardziej dogodzić . Kiełbaski już nabite czekały na młodzieńca do ostatecznego upieczenia.
Tak to właśnie wygląda. Co oznacza, że nie do końca uczę syna radzenia sobie. Raczej uczę, że świat się dopasuje. Tu pojawia się zgrzyt, bo z jednej strony wiem, jak to jest dorastać bez czułości i bez słuchania, i nie chcę tego dla niego, ale z drugiej strony coraz częściej zastanawiam się, czy nie przeginamy w drugą stronę.
Pojawia się pytanie, czy one – te nasze współczesne dzieciaki – będą umiały sobie poradzić, tak zwyczajnie, w życiu, z ludźmi, z odmową, z tym, że czegoś nie ma na tacy.
Odpowiedzi nie mam. W tych podcastach też jej nie ma, bo większość dochodzi do podobnego miejsca: kiedyś było za twardo, dziś może jest za miękko. Gdzieś po drodze jest ten środek, tylko nikt go nie dostał w pakiecie. Trzeba go sobie wypracować na sobie i na własnych dzieciach. Oby z jak najmniejszym kosztem dla nich.
Czy też masz podobne przemyślenia? Czy przesadzam i doszukuję się problemów, gdzie ich nie ma?
