Od lat próbuję wielu sportów: rower, bieżnia, bieganie, indoor cycling, pilates, też ten na reformerach, aerobik, joga, Chodakowska, Lewandowska, sporty przy Play Station, aplikacje taneczne itp. Wszystko po to, by w towarzystwie diety pozbyć się niedoskonałości ciała. I jakoś tak jest, że mimo nawet dobrych wyników zawsze coś mi nie pasuje. Boczki, pelikany, masywne uda, fałda na brzuchu. Raz jedno raz drugie. Dlatego zwracam uwagę na porady i sposoby, które w magiczny sposób konkretne strefy ciała mają doprowadzić do ideału.
Wczoraj właśnie natknęłam się gdzieś w internecie na kolejne „cudowne rozwiązanie”, które ma zniwelować problem, którego nie nie da się wyćwiczyć. Tym razem dopadła mnie „cudowna emulsja” za 1800 PLN i masażer cudowny za drugie tyle. Ajak codziennie przez 5 minut przez tydzień będziesz się masować, to problem zniknie. Nieinwazyjne, przyjemne, szybkie. Czyli wszystko, co lubimy najbardziej.
Wiadomo, że lipa. Dla mnie dziś, oczywiste… Choć pewnie nie jedna czy jeden się naciął…
Tak, jak ja jakiś czas temu.
Byłam parę miesięcy po urodzeniu dziecka. W ciąży znacznie przytyłam – plus ok. 20 kg. a następnie, momentalnie schudłam – minus 28 kilogramów. Czyli obiektywnie byłam bardzo szczupła.
Wtedy znalazłam problem. Padło na „bryczesy”. To część ciała przy górnej wewnętrznej części ud.
Uznałam, że trzeba się tego pozbyć. A że intensywne marsze i domowe wygibasy nie dawały efektu, to zaczęłam szukać…
Znalazłam, a jakże.
Na Facebooku dopadło mnie rozwiązanie.
Dziewczyna – Kasia Cudna czy Maria Cudowna – jakoś podobnie, oferowała wstrzykiwany preparat, który „rozpuszcza tłuszcz”. Brzmiało jak odpowiedź na wszystkie moje wątpliwości życiowe.
Poszłam. Poddałam się zabiegowi. Zapłaciłam. ok. 1200 PLN, jak pamiętam.
Następnego dnia ciało po iniekcjach wyglądało bardzo źle. Obszary, w które wstrzyknięto preparat były sino-czarne.
I teraz najlepsze: wtedy byłam przekonana, że coś jest ze mną nie tak. Że mam tam tłuszcz, który trzeba usunąć.
Dziś wiem, że to najprawdopodobniej wcale nie był tłuszcz. To była po prostu luźniejsza skóra po dużym spadku wagi. Coś zupełnie normalnego. Coś, czego żaden zastrzyk nie miał prawa zmienić.
Czyli zrobiłam zabieg, który z definicji nie mógł zadziałać.
A osoba, która go wykonywała? Dyplomowana pielęgniarka w trakcie studiów lekarskich. Czyli ktoś, kto powinien mnie zatrzymać i powiedzieć: „tu nie ma czego poprawiać”. Nie zatrzymał.
Zwracajcie na to uwagę.
Bez wysiłku nie ma efektów – sport jednak robi robotę.
Ale też nie wszystko da się wyćwiczyć – bo ciało ma swoją naturę.
I może najważniejsze: nie każda „niedoskonałość” to problem do rozwiązania. Czasem to po prostu… ciało. Nasze. Normalne.
A wszystkie „cudowne metody”? No cóż. One zawsze będą. Pytanie tylko, czy my nadal będziemy się na nie nabierać 😉
