Wczoraj wieczorem słuchałam podcastu na Instagramie magazynu Zwierciadło i trafiłam na fragment, który zatrzymał mnie na dłużej niż wszystkie motywacyjne hasła o work-life balance razem wzięte.
Psycholożka opowiadała o tym, że istnieją badania pokazujące, iż ludzie pracują siedem razy (!!!) lepiej, szybciej i efektywniej wtedy, kiedy mają w pracy przyjaciół. Nie tylko „miłych współpracowników”. Przyjaciół. Osoby, przy których czują się swobodnie, bezpiecznie, z którymi mogą pożartować, ponarzekać przy kawie, wymienić spojrzenie na spotkaniu oznaczające: „Co on piep…?”. Pierwszy raz usłyszałam to nazwane tak wprost. A jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, jak mocno mnie to dotknęło.
Zrozumiałam coś bardzo ważnego o samej sobie. Pracuję w jednej firmie od kilkunastu lat. Co do zasady lubię i lubiłam tę pracę. Oczywiście, że były stresy, deadliny, korporacyjne absurdy i momenty, kiedy człowiek miał ochotę odpowiedzieć na maila wyłącznie emotką z wysuniętym palcem, nie serdecznym na pewno. Ale mimo wszystko czułam się tam… dobrze. I dziś już wiem, że nie chodziło tylko o samą pracę. Chodziło o ludzi. Przez lata otaczały mnie osoby, z którymi spędzałam więcej czasu niż czasem z własną rodziną. Przeżywaliśmy razem sukcesy, kryzysy, wyjazdy służbowe, prezentacje, śmiech do łez i te momenty, kiedy wszyscy jednocześnie udawali, że rozumieją nową „strategię globalną”.
To były relacje budowane latami. Takie prawdziwe. Zaufane. Ciepłe. Czasem wręcz rodzinne. Dopiero teraz dotarło do mnie, że przez ponad dekadę miałam po prostu szczęście pracować „wśród swoich”. A potem życie korporacyjne zrobiło to, co robi często. Jedni odeszli sami, zakładając własne firmy albo wybierając inne życie zawodowe. Inni zostali do tego odejścia zmuszeni przez chłodne tabelki, reorganizacje i decyzje podejmowane gdzieś wysoko ponad poziomem ludzi, których realnie dotyczą.
To dziwne uczucie, kiedy nadal pracujesz w tym samym miejscu, przy tym samym biurku, a jednocześnie masz wrażenie, że jesteś już trochę w innym świecie niż kiedyś. Ostatnio złapałam się na tym, że chyba przeżyłam coś w rodzaju zawodowej żałoby. I wiem, jak dramatycznie to brzmi, ale naprawdę trudno mi znaleźć lepsze określenie. Bo nie tęsknię za procedurami, systemami czy targetami. Tęsknię za atmosferą. Za poczuciem, że wchodzę do biura i jestem po prostu „u siebie”.
I co ciekawe — moja efektywność wcale specjalnie nie spadła. Nadal robię swoje. Nadal dowożę. Nadal jestem tą osobą, która nawet w chaosie będzie próbowała wszystko ogarnąć.
Tylko mentalnie coś się zmieniło. Bo człowiek może być skuteczny i jednocześnie czuć pustkę. Najtrudniejsze pytanie, które sobie teraz zadaję, brzmi: czy takie relacje da się jeszcze odbudować?
Czy po latach można jeszcze stworzyć w pracy tę lekkość, naturalność i poczucie „swojej ekipy”? Czy to był po prostu wyjątkowy etap życia, który już nie wróci? Zaczęłam dużo bardziej rozumieć ludzi, którzy odchodzą z pracy nie dlatego, że mają złą pensję czy stanowisko. Tylko dlatego, że przestali mieć tam swoich ludzi.
Bardzo rzadko się o tym mówi. Ba, chyba nigdy. Bo łatwiej mówić o KPI niż o tym, że tęsknisz za śmiechem przy biurowym ekspresie do kawy. A przecież właśnie z takich rzeczy składa się nasze codzienne życie.
Nie tylko zawodowe. Po prostu ludzkie.
A Wy? Macie w pracy „swoich ludzi”? Taką ekipę, przez którą chce się lub chciało przyjeżdżać do biura?

U mnie była taka grupa i chciało się z nią pracować. Ale jak zmieniła się dyrekcja, mijamy się w pracy i każdy pracuję na siebie. Już nie ma czasu i lepiej się sobą nie interesować