Co tym razem? – „Mamo, nudzi mi się” – i wtedy przypomina mi się zabawa „w Izaurę”

Trwa przerwa świąteczna,  wielkanocna. Pięć dni bez szkoły, bez porannych pobudek, bez sprawdzianów i pakowania plecaka na szybko. Teoretycznie idealny czas, żeby odpocząć, poleniuchować, pograć w gry, czy pojeździć na rowerze. I właśnie dzisiaj mój syn stwierdził, że mu się nudzi i nie wie, co mógłby zrobić. Zaproponowałam więc najprostsze rozwiązanie na świecie, żeby poszedł spotkać się z kolegami.

Odezwał się do kilku kolegów, zadzwonił do jednego, drugiego. I wrócił po chwili z informacją, że temu się nie chce, ten nie może, ten gra, a inny chory akurat. I na tym temat się skończył. Zawiedziony odmaszerował do swojego pokoju i utknął w telefonie. Bo z nami – rodzicami, oczywiście na rower, czy spacer – to co za atrakcja. Wtedy pomyślałam, że to dzisiejsze dzieciństwo naprawdę wygląda inaczej niż to moje, nasze – Pokolenia X czy Y. Bo myśmy nie musieli się umawiać. Nie musieliśmy nikogo przekonywać, żeby wyszedł na podwórko. My po prostu wychodziliśmy z domu i ktoś zawsze się napatoczył. Wychodziło się z domu „na chwilę” i wracało po ciemku. Bez telefonu. Bez planu. Mieliśmy swoje drugie życie. Takie, o którym rodzice często nie mieli pojęcia.

Zabawy pokolenia X i Y

Graliśmy w kapsle godzinami. Robiliśmy olimpiady pod blokiem — biegi na 60 metrów, jakieś własne konkurencje, które miały sens tylko dla nas. Były wycieczki rowerowe do Lasu Kabackiego,  podchody, gra w kwadraty, gra w gumę, zawody w badmintona i mecze siatkarskie. Były Barbie z fabułą bardziej skomplikowaną niż niejeden serial. Były „autobusy”, gdzie ktoś był kierowcą, ktoś pasażerem, a ktoś kontrolerem biletów. Był klub osiedlowy z dyskotekami. Przesiadywanie na ławkach i trzepakach.

dzieci na placu zabaw

Można bawić się w Czterech pancernych, a można i w Izaurę

Na szczególną uwagę i nieco szerszy opis zasługuje moja zabawa podwórkowa inspirowana święcącym triumpfy serialem brazylijskim. To był prawdziwy ewenement. Był to serial  „Niewolnica Izaura”. Kiedy był emitowany świat się zatrzymywał. Naprawdę. To nie jest metafora. Rok 1985, godzina około dwudziestej, i nagle wszystko milkło. Ulice puste, telefony nie dzwoniły, nikt nikogo nie odwiedzał, bo wszyscy siedzieli przed telewizorem. I oglądali. Odcinek trwał prawie godzinę, chociaż tak naprawdę był poskładany z krótszych, brazylijskich fragmentów. To było prawdziwe święto w polskich domach. A główni bohaterowie, aktorzy – zyskali taki poziom uwielbienia, że trudno przyrównać do jakiegokolwiek innego.

Fenomen popularności brazylijskiego serialu „Niewolnica Izaura”

 Izaurę grała Lucélia Santos, a jej prześladowcę, Leôncia – Rubens de Falco. I oni w Polsce byli traktowani jak… wydarzenie narodowe. Kiedy przyjechali do Polski, ludzie ustawiali się wzdłuż dróg, którymi jechali. Dosłownie. Tłumy. Jak przy przyjeździe papieża. Machanie, wiwaty, wzruszenie. Wszyscy chcieli ich zobaczyć na żywo, dotknąć tej historii, którą oglądali w telewizji.

Witano ich jak kogoś absolutnie wyjątkowego. Jakby przyjechała do nas postać z innego świata. I trochę tak było. 

Nie dziwne zatem, że na podwórku zaczęliśmy bawić się „W Izaurę”.  Nie była to zabawa tylko dla dziewczyn, bo chłopaki byli równie zaangażowani, a może nawet bardziej. Ponieważ poza Izaurą, która wisiała na pręgierzu, ktoś musiał ją chłostać i ktoś musiał liczyć czas. Jak to wyglądało?

Pręgierz dla Izaury – zabawa, że boki zrywać

U mnie pod blokiem była taka kładka na wysokim parterze, coś jak mostek, pod którym można się było chować. Na tej kładce były metalowe elementy, które służyły nam jako uchwyty i właśnie tam rozgrywały się sceny z „Izaury”. Dziewczynka łapała się za nie, wisiała uczepiona rękami, mniej więcej metr na dziemią, a ktoś z boku uderzał ją gałęziami z pobliskich krzaków, wszystko oczywiście w śmiechu i wygłupach, ale zasady były jasne — kto wytrzyma najdłużej, wygrywa.

Zostać Izaurą to był zaszczyt i jednocześnie walka, bo chętnych było więcej niż miejsc.

Dostałam swoją szansę

Pamiętam dokładnie jeden dzień, kiedy miałam wyjść z rodzicami do dziadków na obiad, jak co tydzień. Byłam ubrana jak z obrazka, w biało-różową tiulową spódniczkę, czyściutka, wyczesana, pachnąca, i zeszłam tylko na chwilę pod blok, żeby na nich poczekać. I oczywiście akurat wtedy na kładce trwała „Izaura” i trafiła się okazja, żeby w końcu nią zostać. Nie zastanawiałam się długo. Powiesili mnie na tych uchwytach, ktoś zaczął liczyć, ktoś mnie „chłostał”, a ja wisiałam i wiedziałam jedno – wygram. Wytrzymam najdłużej ze wszystkich Izaur,

Ręce odpadały, palce ledwo trzymały, ale przecież nie mogłam odpuścić. Ktoś doliczył do czterdziestu, ktoś krzyczał, żeby jeszcze chwilę wytrzymać, więc wisiałam dalej, aż w końcu puściłam. Wszystko potoczyło się bardzo szybko – ziemia, na którą zeskoczyłam była lekko mokra, trochę gliniasta, była tam taka mała górka i po prostu zjechałam w dół. W tych moich pięknych sandałkach, w tej tiulowej spódniczce, prosto w błoto. Umorusałam się od stóp do głów. Dokładnie w tym momencie z klatki wyszli moi rodzice.

Reszty można się domyślić. Krzyk, płacz, awantura i szybka zmiana planów, bo przecież jak można się tak ubabrać chwilę przed wyjściem do dziadków. Skończyło się dramatem, ale rekord wiszenia jako Izaura należał do mnie jeszcze bardzo długo. Duma rozpierała mnie jeszcze wiele tygodni. I jak teraz o tym myślę, to mieliśmy fantazję na maksa. Potem jeszcze był „Powrót do Edenu” i ratowanie się przed aligatorami i „Dynastia” – z ciągłą walką o rolę Cristale nie Alexis. I wiele wiele innych. 

Jak się bawi Pokolenie Alfa

Dziś wszystko jest inaczej. Dzieci często nie mają już swojego podwórka, nie mieszkają drzwi w drzwi z rówieśnikami, nie wystarczy wyjść z domu, żeby ktoś już tam był. Zamiast tego jest plan: trening, zajęcia, kino w weekend. Trzeba zawieźć, odebrać, zapisać, dopilnować. I niby wszystko jest możliwości, atrakcje, opcje,  a jednocześnie mam wrażenie, że czegoś jest mniej. Czasem się zastanawiam, czy brak tego chaosu, tej nudy i tego naszego „radź sobie” nie zabiera im czegoś ważnego. Tego momentu, kiedy trzeba się dogadać, coś wymyślić, wyjść z sytuacji, którą samemu się stworzyło. Tego sprytu, odwagi, kombinowania, które przychodziły zupełnie naturalnie, bo nie było innego wyjścia. Nikt nas nie zapisywał na rozwój kompetencji społecznych, my zdobywaliśmy je na trzepaku, między blokami, w biegu, w śmiechu, czasem w łzach.

A może po prostu świat się zmienił i to my żyjemy w archaiku „zabaw”. Czyż nam nasi rodzice nie opowiadali zabaw z bieganiem z drutem za fajerką, czy też o strzelaniu z procy? Może dziś dzieci mają swoje drugie życie, tylko gdzieś indziej, w innych przestrzeniach, których my już do końca nie rozumiemy. Jednak bardzo cieszy mnie, kiedy mój syn mówi, że po szkole jedzie z kumplami na podwórko, że w weekend chce się z nimi spotkać, że idą razem do kina. Może tej spontaniczności jest mniej, może tych historii będzie trochę mniej spektakularnych niż nasze, ale wierzę, że nawet ta mniejsza porcja interakcji, wariacji i przygód nauczy go sprytu, da mu pewność w odnajdywaniu się w różnych sytuacjach i zostawi wspomnienia, do których kiedyś też będzie wracał z uśmiechem.

A jakie zabawy z dzieciństwa Ty wspominasz z uśmiechem? 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry