Co tym razem? – Jestem asertywna, ale wobec siebie

Pracując w korporacji od wielu, wielu lat wciąż do czynienia mam z  powtarzającymi się sytuacjami, które wymagają ode mnie odpowiedniego zachowania się. Paleta kategorii rzeczonych sytuacji jest mega szeroka. Obejmuje m.in. kwestie matrymonialne; gastryczne – takie związane z wyborem dania na lunch – turbo istotne w biurowym życiu; oceny pracowniczej;  gradu – czy słuszny;  samochodu służbowego – czy ma hak w pakiecie; oraz najczęściej tak zwanej spychologii.  Można by je odtwarzać jak serial, zmieniają się tylko bohaterowie.

Dziś miała miejsca jedna z nich – tysięczna w moim korpo życiu.  Postanowiłam, że ją opiszę.

A było to tak:

Przychodzi do mnie koleżanka, z innego działu, z innego zespołu, w ogóle nie „moja sprawa”, i mówi, że musi coś zrobić, ale nie umie, nie zna się, nie wie. Słyszała, że marketing robi różne rzeczy. To akurat może to też. Czyli klasyk. Ja patrzę i mam w głowie jedną myśl: przecież to nie jest moje zadanie, nie mój obszar. Cicho za uchem od razu gada mi perfekcyjna Doris ” To naprawdę nie jest nic skomplikowanego, to da się łatwo zrobić.”. Wbrew tym wewnętrznym  podpowiedziom mówię koleżance normalnie, spokojnie, że to nie jest po mojej stronie. Bez nerwów, bez złośliwości, po prostu fakt.

Ona wychodzi trochę zbita, trochę niepewna, a ja przez chwilę mam takie poczucie, że no proszę, dorosła kobieta, postawiła granicę, świat się nie zawalił. I to jest ten moment, który trwa bardzo krótko, bo zaraz potem zaczyna się druga część spektaklu, czyli analizowanie. Czy nie byłam za ostra, czy ona się nie zestresowała, czy może mogłam jej to pokazać szybciej niż ona się będzie tego uczyć, czy ja naprawdę muszę być taka zasadnicza. I siedzę z tym i czuję, że zaczyna mnie to uwierać.

I kończy się jak zwykle. Idę do niej, nie przepraszam, ale zaczynam „rozwiązywać sytuację”. Mówię, że można to zrobić tak, tu można zapytać tego, tamten ma dostęp, ktoś inny może pomóc, a jak coś, to ja mogę zerknąć. W efekcie robię dokładnie to, czego chwilę wcześniej nie chciałam robić, tylko w bardziej eleganckiej wersji. Problem zostaje rozwiązany, ona jest spokojniejsza, system działa, wszyscy zadowoleni. Tylko ja jestem zła na siebie.

I właśnie w takich momentach dochodzę do wniosku, że ja w ogóle nie mam problemu z asertywnością. Ja jestem bardzo asertywna, tylko w totalnie odwrotną stronę niż powinnam. Bo wobec siebie jestem bezwzględna. Jak ja czegoś chcę, to od razu wjeżdża lista: nie kupuj, nie wydawaj, nie kombinuj, dasz radę bez tego, ogarnij się, nie przesadzaj. Ja sobie potrafię odmówić wszystkiego, czasu, odpoczynku, luzu, nawet głupiego „odpuszczę dziś”. Natomiast kiedy ktoś mnie o coś prosi, to włącza mi się tryb „jasne, ogarniemy”. I to niezależnie od tego, czy to moje, czy nie moje, czy mam czas, czy nie mam, czy to ma sens, czy nie bardzo.

Najlepsze jest to, że ja to wszystko wiem. Wiem, że powinnam odmawiać, wiem, że nie powinnam brać na siebie cudzych rzeczy, wiem, że ktoś powinien się nauczyć sam. I nawet potrafię powiedzieć „nie”. Tylko że to „nie” bardzo często ma drugą część, która pojawia się chwilę później i brzmi mniej więcej: „ale zobacz, można to zrobić tak…”. I nagle z osoby, która postawiła granicę, robię się osobą, która organizuje całe rozwiązanie.

Kobieta na imprezie

Z czasem człowiek się do tego przyzwyczaja. Nawet zaczyna to lubić, bo jest w tym coś przyjemnego, takie poczucie, że ogarniam, że wiem, że pomogłam. Tylko że rachunek przychodzi później i zawsze jest na mnie. Więcej roboty, więcej odpowiedzialności, mniej czasu dla siebie. I gdzieś po drodze pojawia się taki schemat: „dajcie to Doris, ona coś wymyśli”. Problem w tym, że ja sama bardzo aktywnie ten schemat buduję.

I tak sobie dziś pomyślałam, że może problemem wcale nie jest to, że nie umiemy być asertywne wobec innych. Może problem polega na tym, że jesteśmy za bardzo asertywne wobec siebie. Że sobie odmawiamy wszystkiego, a innym oddajemy wszystko, czas, energię, uwagę, rozwiązania. I jeszcze mamy wyrzuty sumienia, kiedy choć na chwilę próbujemy to odwrócić.

Nie mam tu żadnego wielkiego wniosku ani złotej rady, bo jak widać, nadal wracam po tych swoich „nie” i dokładam sobie roboty. Ale może następnym razem spróbuję wytrzymać trochę dłużej. Nie wracać po pięciu minutach z gotowym planem. Chociaż znając życie… pewnie i tak wrócę.

A jak masz Ty? Czy umiesz odmawiać bez wyrzutów sumienia? 

1 komentarz do “Co tym razem? – Jestem asertywna, ale wobec siebie”

  1. Mam tak samo ;). Najlepszy przykład dzieciaki: po odmowie 7 sekund już analiza i pomoc. A do ludzi mam dokładnie tak: podasz mi rękę, to przytulę, ale jak pluniesz w twarz i powiesz, że deszcz pada – nie ma odwrotu. Ten drugi przykład odbiega od pytania, ale co tam, pozwierzam się 😉

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry