Co tym razem? – 5 urodziny Harrego i wspomnienie psów mojego życia

Dziś są urodziny mojego psa, Harrego. Nie podchodzę do tej okazji śmiertelnie poważnie. Nie zamawiałam tortu z wołowiny z napisem „Happy Birthday”, nie było czapeczek ani psiego DJ-a. Ponieważ jednak urodziny wypadły w weekend, który spędzaliśmy w domu, to w sobotę podczas zakupów każdy z domowników wrzucił do koszyka jakiś drobiazg dla jubilata. Mąż kupił piłki, syn zabawkę, a ja smaczki. Na niedzielny obiad zaplanowałam też wyjątkowo dużą porcję rosołową zamiast tortu.

Przy okazji tych jego urodzin zaczęłam jednak zastanawiać się nad czymś innym. Nad tym, że w moim domu właściwie zawsze był pies i że każdy z nich miał ogromne miejsce nie tylko w domu, ale też w moim sercu.

Jako jedynaczka traktowałam psa jak towarzysza życia – kompana do zabaw, powiernika smutków i opiekuna, a także kogoś, kim ja mogę się zaopiekować.

Moim pierwszym psem był kundelek Sandał. Rodzice wzięli go z Palucha, gdy miałam chyba trzy lata. Miał być podobno dorosłym, spokojnym i statecznym psem. Tymczasem chwilę po przyjeździe do domu zaczął gubić mleczne zęby, siusiał gdzie popadnie i urządzał totalne demolki. Czyli klasyka szczeniaka.

Był niesamowicie mądry.

To były też kompletnie inne czasy. Psy żyły wtedy trochę bardziej „osiedlowo”. Sandał był wypuszczany przed blok na Ursynowie i wracał, kiedy miał ochotę. Szczekał pod klatką i ktoś go wpuszczał. Dziś brzmi to jak scenariusz z innej epoki, ale wtedy naprawdę tak wyglądało życie wielu psów.

Sandała znało całe osiedle. Szczerze podejrzewam też, że był ojcem połowy okolicznych kundelków przez następnych kilka lat.

Był ze mną praktycznie całe dzieciństwo. Odprowadzał mnie do przedszkola i szkoły, czekał pod oknem, aż skończą się lekcje, i był zawsze obok.

Ta historia niestety kończy się bardzo smutno. Kiedy byłam na wakacjach, moja mama pojechała z nim do babci do innego miasta. Sandał był już wtedy staruszkiem. Gorzej widział i pewnie też słabiej czuł zapachy. Jak to dawniej bywało, został wypuszczony przed blok, żeby sobie pobiegał. Tyle że to nie był jego Ursynów. Nie znał tej okolicy i nie miał jej zapisanej w swojej psiej głowie. Nie wrócił.

Do dziś mam ściśnięte serce, kiedy o tym myślę. Przez wiele lat dosłownie nie mogłam się z tym pogodzić. Chyba nawet bardziej niż samą stratę przeżywałam niewiedzę. Co się z nim stało? Czy cierpiał? Czy tęsknił? Czy ktoś go znalazł? Czy skończył znowu w schronisku?

Ta niewiadoma była okrutna. Wtedy zrozumiałam, że nawet najgorsza prawda o odejściu ukochanego zwierzaka daje większy spokój niż codzienne życie z pytaniem, co się z nim dzieje. Nie życzę nikomu takiego doświadczenia.

Kobieta i pies

Potem był Lord, seter irlandzki. Przepiękny, inteligentny i wspaniały. Ale kiedy tylko poczuł zew wolności, regularnie znikał. Nie zliczę, ile razy rozwieszałam ogłoszenia, że pies zaginął, i ile razy szukałam go godzinami. Kiedyś uciekł w Lesie Kabackim. Mój ówczesny chłopak jeździł po całym lesie na rowerze razem ze swoim psem Royem, aż Roy zdarł sobie opuszki łap podczas tych poszukiwań.

Lord był ze mną piętnaście lat i naprawdę miał piękne życie. Potrafiłam wracać z zajęć na UW  specjalnie na Ursynów tylko po to, żeby wyjść z nim na spacer na pola SGGW, a potem znowu jechać na Krakowskie Przedmieście na uczelnię. W weekendy zabierałam go nad jeziora i rzeczki pod Warszawą, żeby mógł pływać, bo kochał wodę. Miał życie jak w Madrycie i był kochany na maksa.

Lord odszedł w domu. Był już bardzo słaby, zmęczony, prawie nie widział i ciężko się poruszał. Pozwoliliśmy mu odejść spokojnie, na kanapie, wśród najbliższych. Ogromnie cierpiałam. Jednocześnie po historii z Sandałem czułam ulgę. Wiedziałam, że jest bezpieczny, że był do końca z nami i że nie został sam.

A teraz jest Harry. Flat coated retriever.

Jest mądry, niesamowicie posłuszny i oddany do granic absurdu. To pies towarzyszący i przysięgam, że jego życiową misją jest bycie obok mnie. Na spacerach zawsze pilnuje, gdzie jestem. Wypuszczenie go samego do ogrodu kompletnie go nie interesuje. Wyjdzie na chwilę, po czym siedzi pod drzwiami i szczeka, żebym łaskawie dołączyła do niego. 

Właśnie dziś, przy jego urodzinowym rosole i tych wszystkich śmiesznych prezentach, zaczęłam wspominać wszystkie moje psy.

Najbardziej niezwykłe w psach jest to, że jesteśmy ich całym światem. Dla nas są częścią życia. Dla nich jesteśmy całym życiem i uważam, że mamy obowiązek zrobić wszystko, żeby były kochane, zaopiekowane i szczęśliwe. Psy kochają człowieka w sposób absolutnie bezwarunkowy. Nawet gdybyśmy byli najgorszymi łotrami świata, one i tak będą czekały pod drzwiami z radością. W świecie ludzi to raczej niemożliwe.

Mam jeszcze inne przemyślenie co do ludzi i psów właśnie. Jeśli ktoś nie lubi zwierząt, a tym samym piesków, nie ma mowy, by zdobył moją sympatię. Dla mnie to wyraźny sygnał, że coś jest z nim nie tak. 

A czy w Twoim życiu psiaki odgrywają ważną rolę? Czy jednak ja nieco „przeginam”?

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry