Kategoria: W pogoni za formą
Nastrój: Zniesmaczona i rozbawiona
Dziś pierwszy raz w życiu poszłam na pilates na reformerach. I już na tym etapie mogę powiedzieć, że był to również mój pierwszy raz w życiu, kiedy ćwiczyłam w czyimś mieszkaniu, między kotletami mielonymi a czyjąś szafą z wysypującymi się ubraniami.
A przecież nie wzięło się to znikąd. Przez lata było już wszystko. Diety, diety „ostatnie”, diety „tym razem na spokojnie”. Bieganie, siłownia, bieżnia w domu, rower stacjonarny. Poranne indoor cycling o siódmej rano, dwa razy w tygodniu, przez trzy lata, bez wymówek i bez skracania. Więc kiedy znów pojawiła się myśl, że może jeszcze coś da się poprawić, uznałam, że skoro pilates na reformerach jeszcze nie był testowany, to czemu nie. Nauka wymaga poświęceń.
Zapisałam się do lokalnego studia, dziesięć minut piechotą od domu. Strona internetowa ładna, pani bardzo miła, wszystko zapowiadało się cywilizowanie. Jedyny haczyk: cztery zajęcia z góry do opłacenia. Pomyślałam, że trudno, dwa tygodnie mnie nie zabiją.
Zabiło mnie coś innego.
Studio okazało się dwupokojowym mieszkaniem w patodeweloperce. Normalnie ktoś tam mieszka. Na dole jedna rodzina, na górze druga, a pośrodku — reformer. Obok kuchnia otwarta, z której niósł się zapach kotletów mielonych, szafa w stanie permanentnego wybuchu garderoby i dwa koty, które uznały, że skoro już przyszłam, to można po mnie pochodzić.
W kącie stały walizki, bo wrócili ze świąt i jeszcze się nie rozpakowali. I w tym wszystkim ja — na reformerze, wyginam się, wypinam tyłek, staram się wyglądać jak osoba, która dokładnie wie, co robi, kiedy nagle mąż trenerki przeciska się między moim bardzo wystawionym na widok publiczny tyłem a moją twarzą, żeby podłączyć telefon do ładowarki. Bez słowa przeprosin. Po prostu życie.
Trenerka w tym czasie nie tylko nie była skrępowana, ale prowadziła luźną rozmowę z mężem o tym, co trzeba kupić w Rossmannie. Ja w pozycji, która wymagała ode mnie resztek godności i skupienia, oni w trybie „a może weźmiemy jeszcze żel pod prysznic”.
Zero zażenowania. Po żadnej stronie poza moją.
Ludzie byli wyluzowani, atmosfera domowa aż do bólu. Tylko ja najwyraźniej nie byłam gotowa na ćwiczenia w cudzym salonie, w zapachu obiadu, pod okiem kotów i przy rozmowach o zakupach. Moja psychika jednak lubi ściany oddzielające fitness od czyjegoś życia rodzinnego.
Wyjdę na te zajęcia jeszcze trzy razy. Bo zapłacone. Ale potem pożegnam się z reformerem, kotami i kotletami bez żalu. Cieszę się, że spróbowałam. Teraz już wiem, że są granice mojej otwartości na nowe doświadczenia. I pilates w mieszkaniu zdecydowanie je przekroczył.
