Tego jeszcze nie próbowałam
Dziś pierwszy raz w życiu poszłam na pilates na reformerach. Pomysł na tę formę ruchu oraz – w mym mniemaniu – metodę spektakularnie wyrzeźbionej sylwetki w cztery tygodnie, nie wziął się znikąd. Przez lata przerobiłam bowiem już chyba wszystko. Bieganie, siłownia, bieżnia w domu, rower stacjonarny. Poranne indoor cycling o siódmej rano, dwa razy w tygodniu, przez trzy lata, bez wymówek. Maratony rowerowe, biegi z psami po szuwarach, marsze po 20 km codziennie. No dużo.
Kiedy zatem znów pojawiła się myśl, że może jeszcze coś da się poprawić, uznałam, że skoro pilates na reformerach jeszcze nie był testowany, to czemu nie. Idę w to.
Pilates - ćwiczenia dla ludzi o mocnych nerwach
Zapisałam się do lokalnego studia pilates, dziesięć minut piechotą od domu. Strona internetowa ładna,, zdjęcia reformerów i zgrabnych kursantek, pani bardzo miła, wszystko zapowiadało się cywilizowanie. Jedyny haczyk: cztery zajęcia z góry do opłacenia. Pomyślałam, że trudno, dwa tygodnie pilatesu nawet na tych tajemniczych reformerach, czymkolwiek są, mnie nie zabiją. A sylwetka będzie piękna na pewno.
Zabiło mnie coś innego.
Studio okazało się dwupokojowym mieszkaniem. Salon z otwartą kuchnią i sypialnia (jak mniemam, bo nie zaglądałam). Wprost z przedpokoju weszłam do wspomnianego living roomu, w którym stał reformer do pilatesu. Obok kuchnia otwarta, z której niósł się zapach kotletów mielonych, szafa w stanie permanentnego wybuchu i dwa koty, które uznały, że skoro już przyszłam, to można po mnie pochodzić. W kącie stały walizki, bo, jak wcale o to nie prosząc, dowiedziałam się od prowadzącej i ich właścicielki – gospodarze wrócili dopiero co ze świąt i jeszcze się nie rozpakowali. I w tej aurze, poproszono mnie o skok na reformer i danie z siebie wszystkiego.
Ćwiczenia między ładowarką, kotem i nierozpakowaną walizką
Ćwiczenia mimo oparów jako tako mnie pochłonęły. Te sprężyny jednak wymagają kontroli, aby zębów nie stracić, więc przyziemne niedogodności zeszły na plan dalszy. Ale do czasu… Do czasu, gdy podczas mego wyginania się, wypinania tyłka, starania się, by wyglądać jak osoba, która dokładnie wie, co robi, mąż trenerki nie wkroczył z domniemanej sypialni do mojego studia pilates. Chłop ni z tego ni z owego zaczął przeciskać się między zdyszaną mną, a grożącą wybuchem szafą , żeby podłączyć telefon do ładowarki. Bez słowa przeprosin. Po prostu życie. Mnie w jego oczach tam nie było. A na pewno on nie uznał, że mogłabym się krępować.
Trening personalny w wersji home office
Trenerka, żona tegoż Pana też jakby nigdy nicrozpoczęła z nim rozmowę o tym, co trzeba kupić w Rossmannie i Pepco, bo tamże mąż się wybierał za chwilę Ja w pozycji, która wymagała ode mnie utraty resztek godności i skupienia, a oni w trybie „a może weźmiemy jeszcze żel pod prysznic i żwir dla kotów”.
Zero zażenowania. Po żadnej stronie – poza mną.
Ludzie byli wyluzowani, atmosfera domowa aż do bólu. Tylko ja najwyraźniej nie byłam gotowa na ćwiczenia w cudzym salonie, w zapachu obiadu, pod okiem kotów i przy rozmowach o zakupach. Moja psychika jednak lubi ściany oddzielające fitness od czyjegoś życia rodzinnego.
Pożegnanie z reformerami i wygibasami w czyimś salonie
Poszłam na te zajęcia jeszcze trzy razy. Bo zapłacone. A powinnam zażądać oddania kasy. Ale nie umiem. O tym innym razem… Ale potem pożegnałam się z reformerem, kotami i kotletami bez żalu. Cieszę się, że spróbowałam. Teraz już wiem, że są granice mojej otwartości na nowe doświadczenia. Pilates w czyimś mieszkaniu zdecydowanie je przekroczył.
