Kategoria: Życie codzienne
Nastrój: I tak źle i tak niedobrze
Kilka dni temu przyszły mrozy, które przestają być „zimą”, a zaczynają być realnym zagrożeniem. Temperatura spadała grubo poniżej zera, nocami miało być nawet -20 st. C, a ja znów pomyślałam o domu w mojej okolicy, w którym nikt nie mieszka — poza dwoma psami. Same. Na zewnątrz.
To żadna nowa historia. Wszyscy wiedzą. Psy są tam „od zawsze”, mają budę, właściciel bywa rzadko, więc lokalnie uznano, że „tak po prostu jest”. Tylko że mróz nie zna takich argumentów.
Napisałam więc post na lokalnej grupie. Bez oskarżeń, bez dramatu — zwykły apel, żeby ktoś bliżej sytuacji zwrócił uwagę właścicielowi. Zostawiłam swój numer, bo nie chciałam chować się za anonimowością.
Dwie osoby spróbowały pomóc — i wtedy zaczęły się schody. Sąsiedzi zareagowali oburzeniem, jakby samo zainteresowanie losem tych psów było atakiem. Zero chęci rozmowy, zero współpracy.
Potem telefon od właścicielki. Ton pretensji, zarzut wtrącania się. Spokojnie wytłumaczyłam, że chodzi tylko o ekstremalne warunki i troskę. Emocje trochę opadły — padły zapewnienia, że psy mają ciepło, że wszystko jest pod kontrolą.
Zrobiłam, co mogłam. A jednak nie zostało po tym poczucie ulgi.
Bo jest w tym wszystkim coś bardzo dziwnego — zwrócenie uwagi w oczywistej sprawie wywołuje oburzenie u tych, którzy ewidentnie nie mają racji. A dyskomfort, poczucie, że „może się wtrącam”, zostaje… po mojej stronie.
I to jest chyba najbardziej niepokojące.
Skąd w tak prostej, szlachetnej sprawie bierze się we mnie wahanie, a po drugiej stronie taka pewność i buta? Czy naprawdę można być aż tak pozbawionym empatii, żeby nie widzieć, że postępuje się źle?
Chyba nie tak to powinno działać…
PS: Mój Harry – na zdjęciu – uwielbia zimę. Nawet tę mroźną. Ale śpi w ciepłym i bezpiecznym domu. Tym bardziej szlag mnie trafia, że są pieski, o które właściciele nie dbają.
