Kategoria: Praca w korporacji
Nastrój: Zmęczona, ale zadowolona.
Jest początek marca i, „będąc osobą od marketingu”, jestem dokładnie w tym momencie, który w obszarze, którym się zajmuję, można elegancko nazwać „tuż przed”. Przeddzień realizacji kilku dużych eventów. Jeden na kilkaset osób, z galą i koncertem, gdzie wszystko ma być dopięte na ostatni guzik. Drugi mniejszy, ale o międzynarodowej randze, więc poziom stresu rośnie proporcjonalnie do liczby krajów na liście gości. Lista rzeczy do zrobienia już dawno przestała być listą, a zaczęła być stanem umysłu. I gdzieś pomiędzy jednym telefonem a drugim pojawia się ta myśl: ogrom pracy jest przede mną i moim zespołem. A zaraz potem druga, równie oczywista — że prędzej czy później pojawi się ktoś, kto powie, że marketing to się przecież tylko bawi.
Bo z zewnątrz praca w marketingu wygląda świetnie. Wyjazdy, hotele, kolacje, spotkania. Zdjęcia na LinkedInie też robią robotę. Problem w tym, że zdarzają się tacy, którzy nie rozumieją, co jest poza kadrem. Tego, że nic się nie organizuje samo, a każda „ładna chwila” jest efektem dziesiątek decyzji, telefonów, maili i planów awaryjnych. Budowanie relacji z klientami rzadko odbywa się w ciszy przy biurku. Częściej dzieje się późnym wieczorem, kiedy wszyscy inni już by chcieli iść spać, a rozmowa dopiero się rozkręca. Albo na targach, gdzie przez wiele godzin stoi się na nogach i odpowiada na te same pytania z niezmiennym uśmiechem. Albo przy organizacji wydarzeń, kiedy nagle okazuje się, że coś nie działa, coś się nie zgadza, a ludzie już stoją i oczekują, że wszystko będzie perfekcyjne.
W takich momentach nie istnieje coś takiego jak „to nie moja działka”. Nie ma dodatkowego zespołu do ratowania sytuacji, nie ma nikogo, kto przejmie odpowiedzialność. Jest za to szybkie myślenie, działanie i ogarnianie rzeczy, które jeszcze chwilę wcześniej nie istniały jako problem.
A szereg takich sytuacji, po czasie stających się szczęśliwie anegdotami, zdarza się w pięknych okolicznościach przyrody, gdzie, z racji obecności moich podopiecznych, także mam szczęście i zarazem obowiązek zawodowy być. Przypomnieć ich mogłabym tu wiele. Co widziały moje oczy, pozostawię sobie. Ale klasykiem jest na przykład konieczność budzenia gości, celem pojechania na lotnisko i powrotu do Polski. Samolot nie poczeka, a nie możemy przecież zostawić Klienta na innym kontynencie. I to bez znajomości języka lokalnego. Wiadomo. Zatem Doris lata od drzwi do drzwi, puka, wali, dzwoni. Często błagam obsługę o kartę otwierającą pokój – są twardzi, nie dają… Zdarzyło się wchodzenie przez balkon sąsiedniego pokoju, do tego, gdzie delikwent śpioch smacznie chrapał. Gorzej, gdy (bo w takim zdarzeniu też miałam okazję przeprowadzać włam do pokoju), w pomieszczeniu delikwenta nie było… Wtedy gdzie szukać tego wiatru w polu? Udało się szczęśliwie, ale co się nabawiłam w tego chowanego… Boki zrywać.
W mojej pracy o wielu aspektach decyduje czynnik ludzki, który bywa najbardziej nieprzewidywalny. Zmęczenie, emocje, oczekiwania, czasem pretensje o rzeczy tak absurdalne jak prysznic zamiast wanny w pokoju. I niezależnie od sytuacji trzeba zachować spokój, profesjonalizm i sprawić, żeby całość zakończyła się poczuciem, że wszystko było dopięte.
Oczywiście, ta praca bywa często przyjemniejsza niż siedzenie nad tabelkami do późnego wieczora. Ale to nie jest kwestia tego, kto ma lepiej. To jest kwestia wyboru. Mój był taki. Każdy w organizacji ma swoją rolę i każda z nich jest potrzebna. Moja po prostu wygląda często lepiej na zdjęciach. Bo to właśnie dzięki niej zobaczyłam kawał świata, spotkałam ludzi, których inaczej nigdy bym nie spotkała, zjadłam rzeczy, których w przeciwnym razie nie miałabym okazji spróbować, poznałam różne kultury, różne sposoby pracy i myślenia. Gdyby nie ta „zabawa w marketing”, byłabym zupełnie innym człowiekiem, o wiele, wiele uboższym o doświadczenia – te dobre i te mniej miłe 🙂
Serdecznie polecam tę zabawę 😉
