Historia z lotu służbowego: podejrzane zachowanie w samolocie i decyzja w sekundę. Czy byłam czujna… czy przesadziłam?
Dziś w pracy otrzymaliśmy aktualizację dotyczącą zasad bezpieczeństwa podróży służbowych. Wewnętrzny newsletter, oficjalny komunikat z centrali – nowe wytyczne, zaostrzone zasady i bezwzględny zakaz wyjazdów do części krajów Bliskiego Wschodu. Temat bezpieczeństwa w podróży służbowej wraca jak bumerang, zwłaszcza kiedy sytuacja na świecie robi się napięta. Czytałam to jak każdy – trochę automatycznie, trochę między jednym mailem a drugim. Ale gdzieś z tyłu głowy coś mi kliknęło. Bo takie komunikaty zawsze brzmią rozsądnie i spokojnie… dopóki człowiek nie znajdzie się w samolocie i nie zacznie się zastanawiać, czy jest bezpieczny, czy wszystko jest w porządku. I wtedy przypomniała mi się historia z mojego lotu służbowego, która do dziś nie daje mi jednoznacznej odpowiedzi, czy byłam bohaterką… czy po prostu obejrzałam za dużo wiadomości.
Lot służbowy - powrót z delegacji
Zdarzenie to miało miejsce w 2015 lub 2016 roku. W pamięci ludzi, a na pewno mojej nadal całkiem świeże było wspomnienie o zamachach na World Trade Center. Sytuacji nie pomagała także niedawna katastrofa linii Germanwings. Gdzie pilot rozbił samolot o zbocze jednej z gór w Alpach. A ja wtedy, bo tego wymagała ode mnie moja wówczas nowa praca, zobligowana byłam do ultra częstych wizyt w biurze w Niemczech. Przez kilka lat odbywałam lot służbowy do Dusseldorfu praktycznie jak list polecony. Co miesiąc na tydzień delegacji. W poniedziałek wylot z Warszawy, w piątek powrót. Te same loty, te same godziny, ten sam gate, ta sama kawa na lotnisku i ten sam moment przed startem, kiedy człowiek zastanawia się, czy na pewno mam ze sobą wszystko, co mieć powinnam. I oczywiście ten sam lekki niepokój przy starcie, bo to były czasy, jak już wspomniałam, kiedy zamachy na World Trade Center wciąż siedziały ludziom w głowach. Telewizja robiła swoje, internet robił swoje, a wyobraźnia dokładała resztę. Więc za każdym razem, kiedy wsiadałam do samolotu, miałam gdzieś z tyłu głowy taki plan, żeby być czujną. Nie wiedziałam jeszcze, że pewnego dnia ta czujność osiągnie poziom operacji antyterrorystycznej w klasie ekonomicznej.
Podejrzany pasażer obok mnie
Lecę z Dusseldorfu do Warszawy. Szczęśliwa, że zobaczę rodzinę po tygodniowej rozłące. Siedzę na „swoim” miejscu. Rząd 10 pewnie, bo w tym jakoś mnie zazwyczaj system sadzał. Siedzenie przy przejściu. Obok mnie młody mężczyzna w lekko powyciąganym swetrze, nieogolony, poczochrany. Z jakiegoś powodu od razu wydał mi się dziwny. Startujemy, a on zaczyna się wiercić, grzebie przy plecaku, który, nie wiedzieć czemu, ma między nogami zamiast wrzucić do schowka, gdzie miejsca nie brak. I co chwilę coś poprawia. Im dłużej to trwa, tym bardziej mój wewnętrzny scenarzysta się rozkręca i w głowie mam już kilka wersji wydarzeń, wszystkie raczej w klimacie thrillera.
W końcu osiągamy wysokość przelotową. Mężczyzna, nurkując najpierw przez kilka chwil do plecaka wciąż tkwiącego na podłodze między jego stopami, wyciąga aparat fotograficzny. Aparat, jak aparat, klasyczny, cyfrowy. W 2015 to zupełnie normalny sprzęt. Dziś już sam jego widok, by mnie przeraził. Ale wtedy jeszcze jako tako byłam spokojna. Choć cały czas Pana obserwowałam. A on otwiera klapkę przegródki na baterie i zaczyna nimi kręcić. I wtedy mój system bezpieczeństwa przechodzi na poziom czerwony. Serce waliło mi jak oszalałe. Ale obserwowałam go dalej. On tymczasem kręci tymi bateriami. W lewo, w prawo, w lewo, w prawo. Po chwili, jakby podjął długo analizowaną decyzję, dynamicznie zamyka aparat, szybkim ruchem wkopuje plecak pod siedzenie pasażera w rzędzie przed nami i jak sprężyna wstaje. Z tym aparatem w ręku postanowił nagle iść do toalety. No żarty chyba…
W tej chwili w mojej głowie rozgrywały się sceny iście filmowe. W milisekundach rozsądzałam, czy zareagować, czy nie. Jednocześnie wspominałam kadry filmu United 93 i dawałam sobie sama porady – że lepiej się ośmieszyć, ale może mieć szanse wrócić szczęśliwie do domu. Złapałam go za ramię i wypaliłam do niego:
– Co Ty robisz? – musiałam mieć obłęd w oczach, to mówiąc.
On zaskoczony mówi, że idzie do toalety. A ja patrzę na aparat i włącza mi się tryb negocjatora, mówiąc:
– Stary, jeśli pójdziesz tam z tym aparatem, to zrobię larum i wezwę stewardesę. Więc albo zostawiasz aparat, albo nigdzie nie idziesz. Ja mam małe dziecko i chcę żyć. – Przysięgam, że dokładnie to wszystko powiedziałam do niego. On spojrzał na mnie. Był w szoku. Nie wiem, czy pomyślał że jestem psychicznie chora, czy co innego. Ale ku mojemu zdziwieniu odparł pokornie – Dobrze, to w ogóle nie pójdę. – I nie poszedł….
Resztę lotu siedzieliśmy obok siebie w absolutnej ciszy. Ja byłam wyczerpana fizycznie i psychicznie. Mój puls prawdopodobnie osiągnął najwyższy wynik mego życia po dziś dzień. On zapewne zanotował poziom zdumienia na podobnym levelu.
Wylądowaliśmy w Warszawie. Każde z nas poszło w swoją stronę. A ja do dziś wracam do tej historii, zwłaszcza kiedy znowu słyszę w wiadomościach o napięciach i zamachach i o tym, że ludzie zaczynają trochę bardziej nerwowo patrzeć na samoloty. Bo ja naprawdę nie wiem, czy tamtego dnia uratowałam samolot i kilkuset pasażerów, czy po prostu byłam laską, która obejrzała za dużo wiadomości i zakazała obcemu człowiekowi iść do toalety z aparatem fotograficznym.
Lepiej zareagować czy siedzieć cicho?
I do dziś nie wiem, czy wtedy wykazałam się czujnością, czy po prostu wyobraźnia poniosła mnie trochę za daleko. W tamtym momencie byłam przekonana, że robię właściwą rzecz. Jeśli Ty znajdziesz się w podobnej sytuacji… to co zrobisz? Zareagujesz czy uznasz, że to nie Twoja sprawa?
