Gubienie rzeczy – mój nieoczywisty talent
Dziś rano przez kilka dobrych minut szukałam kluczyków do samochodu. Klasyk. Znalazłam, ale co się napociłam ;-). I to był dokładnie ten moment, kiedy pomyślałam, że o tym napiszę. Są ludzie, którzy mają różne talenty. Jedni świetnie gotują, inni biegają maratony, a jeszcze inni mają w domu szufladę z kablami, w której wszystko ma swoje miejsce (szczerze — zazdroszczę). Ja mam inny dar. Ja gubię rzeczy. I to nie, że mi się zdarza. Nie. Ja to robię systemowo. Metodycznie. Z konsekwencją, której nie mam w innych obszarach życia. Jeśli powiem, że dzieje się to raz na miesiąc, nie będzie w tym przesady.
Historia moich zgub jest przebogata.
Telefon zostawiałam już chyba wszędzie. Gdzie tylko można. W restauracjach (klasyk), na siłowni (na bieżni, oczywiście), w toalecie publicznej, na basenie, na koncertach, w taksówkach. Myślę, że gdyby ktoś prowadził ranking najbardziej kreatywnych miejsc do zostawiania telefonu, miałabym bardzo mocną pozycję.
Zgubiony telefon w Bangkoku… o 3 nad ranem
Telefon zgubiłam na przykład w taksówce. Został na tylnej kanapie auta. Klasyk, można rzec. Ale to była Tajlandia, Bangkok i trzecia w nocy. A w telefonie wszystko: karty płatnicze, bilety lotnicze, numery telefonów do wszystkich, do których muszę mieć kontakt. Zostałam na lodzie, mimo, że w tropikach … Szczęśliwie znajomi, którzy byli ze mną feralnej nocy, przytomnie uznali, że trzeba do mnie na ten zgubiony telefon zadzwonić. Ja nie wierzyłam, że Pan Taj z taksówki go odbierze, a w szczególności, że odda.
Jakież było moje zdziwienie, gdy kierowca telefon odebrał. Co więcej, jakimś cudem się dogadaliśmy i to na tyle, żeby zrozumiał, do którego hotelu ma przyjechać. I o piątej rano, kończąc kursy, pojawił się pod hotelem i oddał mi telefon. Nie chciał żadnych pieniędzy. Do dziś nie wiem, czy to była dobra karma, cud czy po prostu bardzo porządny człowiek.
Stadion Narodowy i inne „bezpieczne” zguby
Telefon zostawiłam też kiedyś na Stadionie Narodowym, w loży, po koncercie Imagine Dragons. Zorientowałam się oczywiście później, bo jak inaczej. Odebrałam go w poniedziałek z Biura Rzeczy Znalezionych, co ciekawe – świeżutko i do pełna naładowany 🙂 @Stadion Narodowy — jeśli to czytacie — naprawdę, pełen profesjonalizm. Gratulacje! Ale telefon to jeszcze nic. Torebki gubię wręcz hurtowo. Na weselach, bankietach, kolacjach, ale też za dnia – w biurze, w domu, w Zarze w przebieralni i bywa, że na bazarze. Zawsze odkładam ją „na chwilę”, w bardzo przemyślane miejsce, którego potem absolutnie nie jestem w stanie sobie przypomnieć.
Retainer, który trafił na zaplecze restauracji
Zdarzają się też sytuacje bardziej… wyszukane. Na przykład w hotelowej restauracji w Turcji, podczas śniadania, zdjęłam przezroczysty retainer na zęby i, jak każdy rozsądny człowiek, położyłam go na serwetce. Serwetka razem z talerzami pojechała do kuchni. Ja zorientowałam się chwilę później i w akcie lekkiej paniki ubłagałam obsługę, żeby mnie wpuścili na zaplecze. Po kilku minutach przekopywania się przez stertę naczyń — znalazłam. Oczywiście, że znalazłam.
Gubienie rzeczy to talent dziedziczny?
Moje dziecko najwyraźniej uznało, że to cecha, którą warto pielęgnować. Na pierwszej zielonej szkole zatrzymali się na obiad w Toruniu, podłączył telefon do ładowarki… i tam go zostawił. Wycieczka pojechała nad morze, a ja rozpoczęłam operację logistyczną jego odzyskania. Dzięki znajomemu z pracy telefon wrócił do mnie szybciej niż syn z wyjazdu. Zero refleksji. Po żadnej ze stron.
Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że te rzeczy… do mnie wracają. Czasem nawet zanim zdążę się zorientować, że coś zgubiłam. Bywało tak, że ktoś podchodził i oddawał mi telefon, a ja dopiero wtedy odkrywałam, że faktycznie już go nie mam.
Historia, która przywraca wiarę w ludzi
Moja ulubiona historia to ta sprzed lat, z pierwszą w życiu kartą kredytową. Zostawiłam ją w sklepie w Globi na Ursynowie (my place of origin ;-). Ktoś ją znalazł, odczytał dane i… przyniósł do mojej skrzynki pocztowej. Tak po prostu. Do dziś uważam to za jeden z piękniejszych dowodów na to, że świat jednak w dużej mierze działa.
Jak nie gubić rzeczy? Czyli czego się nie nauczyłam…
Problem polega tylko na tym, że ja kompletnie nie wyciągam z tego żadnych wniosków. Normalny człowiek po trzecim zgubionym telefonie zaczyna wdrażać jakieś procedury: sprawdza, liczy, robi checklisty. Ja najwyraźniej uznałam, że skoro wszystko wraca, to znaczy, że system jest skuteczny i nie ma co go psuć.
I tak sobie żyję.
Druga supermoc: znajdowanie cudzych rzeczy
Ale żeby nie było — mam też drugą supermoc. Znajduję rzeczy. Nie tylko swoje, ale też cudze.
O tym jednak następnym razem.
A jeśli kiedyś znajdziecie telefon leżący samotnie na stoliku w restauracji, na koncercie albo przy bieżni na siłowni… to naprawdę, istnieje spora szansa, że jest mój.
A czy Ty też masz dar lub pecha gubienia rzeczy? Czy może częściej je znajdujesz? Daj znać.
