Co tym razem? – Rozstanie, zemsta i pies

Są takie sytuacje, po których wracasz do domu i nie możesz przestać o nich myśleć.

Kilka dni temu z mężem i synem siedzieliśmy na późnym lunchu w naszej lokalnej knajpce. Było sporo ludzi, zwykłe popołudnie. Pod bar na rowerach podjechał mężczyzna z dwoma synami, na oko mieli około 6 – 8 lat. Kilka chwil później  przybiegł do nich młody, może dwuletni, czekoladowy labrador. Było oczywiste, że biegł za nimi. Nie wyskoczył znikąd, nie był bezpańskim psem. Po prostu przybiegł za swoją rodziną. Był potwornie zziajany, bez smyczy. 

Podszedł do naszego stolika, pogłaskałam go, zapytałam chłopców, czy to ich pies. Potwierdzili, ale psem się nie zainteresowali. Weszli z ojcem do środka knajpki. 

Wydało mi się to dziwne, bowiem dwa metry od miejsca w którym byliśmy odbywał się regularny ruch samochodów. Pies bez smyczy? Właściciel totalnie go olewa? Dopiero później zaczęłam rozumieć, co prawdopodobnie wydarzyło się naprawdę. Ojciec najpewniej spędzał z synami „swój czas”. Chłopcy pojechali na rowery, a pies, jak to pies, pobiegł za nimi. Każdy właściciel labradora wie, że dla takiego psa najważniejsze jest być blisko swoich ludzi.

Mężczyzna wszedł z dziećmi do baru zamówić jedzenie. Pies został na zewnątrz.

Najpierw kręcił się po parkingu. Potem zaczął wychodzić na ulicę. Samochody go omijały, ale ruch był spory. Co gorsze, sto metrów dalej znajdowało się skrzyżowanie z bardzo ruchliwą drogą, po której non stop jeżdżą ciężarówki.

Gdy chłopcy wyszli z knajpki, podczas, gdy ich tata nadal tam przebywał, zwróciłam się do nich, że ich pies biega po jezdni. Prosiłam, by zawołali tatę, bo pies jest w niebezpieczeństwie i może potrącić go samochód. Byli przerażeni, ale po tatę nie poszli. Wtedy akcja ratowania psa przez gości baru rozpoczęła się na dobre. Samochody bowiem zaczęły trąbić na zwierzaka, właściciele totalnie nie reagowali, a pies zaczął panikować.

Ktoś próbował go przywołać. Ktoś inny pytał, czyj jest, aby odnaleźć właściciela. Zwierzak wyglądał na zdezorientowanego. Raz biegł w jedną stronę, raz w drugą. Im więcej ludzi próbowało mu pomóc, w tym większy wpadał popłoch. W końcu wybiegł na główną drogę.

Kilka osób ruszyło za nim. Ktoś próbował zatrzymywać samochody. Ktoś inny pobiegł poboczem. My również. Ja, mój mąż i syn pobiegliśmy w stronę drogi, starając się pomóc i ostrzegać kierowców. Przez chwilę wydawało się, że uda się go zatrzymać, ale pies był tak spanikowany, że uciekał coraz dalej. W końcu odbiegł na tyle daleko, że część ludzi zaczęła próbować śledzić go samochodami. My nie mieliśmy już takiej możliwości. Mogliśmy tylko patrzeć, jak cała akcja przenosi się coraz dalej od miejsca, w którym siedzieliśmy jeszcze kilkanaście minut wcześniej przy obiedzie.

Atmosfera zrobiła się naprawdę nerwowa. Z bezradności podbiegliśmy do stojącego niedaleko radiowozu. Poprosiliśmy policjanta o pomoc i o zatrzymanie ruchu. Usłyszeliśmy, że najpierw zamówi sobie jedzenie, a później się tym zajmie. Nie będę tego nawet komentować. To historia na odrębny tekst. 

Wracając do tematu, w końcu pojawił się mężczyzna, który przyjechał z dziećmi. 
Zapytałam go, dlaczego nie pilnuje psa i wtedy usłyszałam słowa, których chyba długo nie zapomnę. Powiedział, że nazwisko właściciela jest na obroży, a jest nim jego była żona. Stwierdził, że dzwonił do niej godzinę temu z informacją, że pies wybiegł za nim i synami z posesji. I że teraz widać, jak „kobieta ta” zajmuje się swoimi podopiecznymi. Padło też coś w rodzaju: „Niech dzieci zobaczą, jak ona traktuje swoje zwierzęta i jak może postąpić i z nimi”.

Po czym odjechał. Bez psa. 

czekoladowy labrador biegnący po ulicy

Wiem, że czytając to, można odnieść wrażenie, że brzmi to jak historia z internetu. Taka, do której ktoś po drodze dopisał kilka szczegółów, żeby była bardziej dramatyczna. Sama, gdybym usłyszała ją od kogoś innego, pewnie miałabym problem uwierzyć, że dorosły człowiek jest w stanie powiedzieć coś takiego.

Niestety, ta sytuacja wydarzyła się naprawdę. Przy całym zajściu było kilkanaście osób. Są świadkowie. Są ludzie, którzy razem z nami biegli za tym psem i próbowali zatrzymać ruch. Dlatego ta historia nie daje mi spokoju. Bo nie jest wymyśloną opowieścią o ludzkiej małostkowości. Jest prawdziwa.

Nie wiem, jak zakończyła się cała sytuacja. Mam ogromną nadzieję, że ktoś złapał psiaka i ten bezpiecznie wrócił do domu. Wierzę, że tak właśnie było.

Ale od wczoraj nie mogę przestać myśleć o czymś innym: Co się dzieje z ludźmi po rozstaniach?

Z obserwacji dalszych i bliższych znajomych, rodziny wiem, że wyzwala się w nich jakaś potworna zawiść. Zaczynają walczyć ze sobą:  dziećmi, majątkiem. Oskarżają się o przemoc psychiczną, fizyczną, finansową. O zdrady, manipulacje, kłamstwa. Toczą wieloletnie wojny o rację, o winę, o to, kto bardziej skrzywdził drugą stronę. Robią sobie na złość, utrudniają życie, wbijają szpilki, kiedy i gdzie popadnie.

Nie rozumiem tego. Ale już naprawdę moja głowa nie obejmuje sytuacji, w której do tej wojny wciąga się istoty całkowicie niewinne. Dzieci – wiadomo, oczywiste, że nie można. To złe i tylko je krzywdzi. Ale dawać nauczkę żonie kosztem psa?

On przecież nie był stroną żadnego konfliktu. Nie wiedział, kto z kim się rozwiódł. Nie wiedział, kto do kogo dzwonił godzinę wcześniej. Nie wiedział, czyje nazwisko znajduje się na jego obroży. Był po prostu psem, który pobiegł za swoją ukochaną rodziną. I który w pewnym momencie mógł zginąć pod kołami rozpędzonego tira tylko dlatego, że ktoś postanowił dać nauczkę byłej żonie.

To właśnie ta myśl nie daje mi spokoju. Bo kiedy w naszych prywatnych wojnach zaczynamy wykorzystywać tych, którzy nie mogą się obronić, to znaczy, że jesteśmy potworami – bestiami bez uczuć i krzty humanitaryzmu.

I jeszcze jedno. W tym całym zdarzeniu, które miało dać nauczkę ex, byli dwaj chłopcy. Dzieci, które słuchały słów swojego ojca. Dzieci, które patrzyły na uciekającego psa. Dzieci, które uczyły się właśnie, jak wyglądają relacje między dorosłymi po rozstaniu.

To chyba smuci mnie równie mocno jak los tego psa.

Mam tylko nadzieję, że czekoladowy labrador wrócił wczoraj do domu i, że nie musiał zapłacić najwyższej ceny za konflikt, którego nawet nie rozumiał. 

A Pan tata – szkoda słów. Choć cisną się na usta te najgorsze…

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry